Niewielu muzyków - wiele muzyki

Pamiętam swoje pierwsze wyprawy na wielkie festiwale muzyczne. Nowe miasta, nowe wnętrza, nowi ludzie, znana i nieznana muzyka. Wszystko to było ekscytujące, a najbardziej niezwykłe były potężne afisze zbierające na powierzchni dwóch metrów kwadratowych wszystkie festiwalowe wydarzenia. 

Trzeba było spowolnić oddech, uspokoić się i skoncentrować, by krok po kroku przebrnąć przez zalew informacji i złożyć je w czytelny instruktywny przewodnik po tym, co mnie czeka i co mnie, niestety, ominie.

W czasach Internetu obraz młodego człowieka z plecakiem krążącego wokół słupa ogłoszeniowego wygląda egzotycznie, podobnie jak widok niekończących się kolejek melomanów, którzy nie zarezerwowali biletów online.

Różnorodność festiwalowych propozycji była oszałamiająca. Pozostawało tylko sprawdzić zawartość portfela, a w razie debetu wymyślić sposób, jak dostać się do środka nie dysponując środkami płatniczymi - nie pochwalam, ale inwencję w tym zakresie doceniam! Trzeba było jeszcze tylko poznać dokładnie topografię miasta, żeby odkryć najkrótsze drogi prowadzące od jednego audytorium do drugiego i można było zaczynać festiwalową przygodę.

Festiwale okazywały się zawsze pasmem odkryć, zachwytów, rozczarowań i narastającego zmęczenia przemieszanego z euforią - modelowa sytuacja maniakalno-depresyjna. Ku mojemu zaskoczeniu od samego początku moich festiwalowych przygód, największym odkryciem okazała się nie zmienność i różnorodność, a przeciwnie to, co festiwalową gorączkę trzymało w ryzach i pozwalało na głębsze wczucie się i wmyślenie w propozycje muzyków. 

Z biegiem lat zauważyłem, że na mojej liście koncertów, na które chciałem się dostać zaczęły dominować te z udziałem tym samych wykonawców, prezentujących w czasie festiwalu kilka różnych programów - czasem ze sobą powiązanych, czasem nie.

Zastanawiałem się wielokrotnie, czym to jest spowodowane. Może chęcią przeniknięcia specyfiki sztuki wykonawczej lub osobowości wykonawcy, a może nadzieją, że kilka godzin spędzonych razem pozwoli mi odczytać lepiej jego opowieść o muzyce, dostrzec to, co przesądza o jego wyjątkowości. Niewykluczone, że poszukiwałem jakiejś bliższej, intymnej więzi, która przełamuje powierzchowność, nawet jeśli pozostaje zupełnie anonimowa.

Skończyło się to tak, że w ogóle przestałem jeździć na festiwale, na których wykonawcy pojawiali się, by zagrać jeden koncert, a jeśli gdzieś jechałem, to tylko po to, by wziąć udział w dwóch, trzech, a czasem w większej liczbie koncertów tego samego artysty.

Kiedy w latach dziewięćdziesiątych minionego stulecia sam zacząłem zajmować się festiwalami, wielokrotna obecność tych samych artystów w ramach jednego wydarzenia,      a także w kolejnych jego edycjach, stała się znakiem rozpoznawczym.

Kiedy po raz pierwszy opowiadałem o tej filozofii moim muzycznym partnerom, spotkałem się z zupełnie nieoczekiwaną reakcją. Również oni tęsknili za sytuacją, w której mogą występować w tym samy miejscu i wobec tych samych słuchaczy wielokrotnie w okresie kilku czy kilkunastu dni.

Otrzymujemy spotkanie, w czasie którego możemy powiedzieć sobie więcej dlatego, że jesteśmy ze sobą dłużej, ale głównie z tego powodu, że między nami powstaje więź. Słuchaczom daje możliwość spokojnego przeżywania i rozumienia dźwiękowych opowieści artystów, a im zapewnia komfort, jaki gwarantuje nasze zainteresowanie i uwaga.

Porównałbym to do fenomenu jakim w ostatnich latach jest oglądanie jednego dnia całych sezonów telewizyjnych seriali. Pozornie to lekka aberracja, ale przedłużanie nastroju, pozostawanie w wyimaginowanym świecie nie przez godzinę, a przez kilka czy wręcz kilkanaście godzin przynosi z sobą doznania i refleksje zupełnie szczególnego rodzaju. 

Nie trzeba wielu muzyków, by prowadzić nas po znanych i nieznanych ścieżkach muzyki. Ważne, by byli to muzycy, którzy mają coś do powiedzenia i byśmy dali im na to czas.

 

Cezary Zych